Czas czytania: 7 min

Wypytuje mnie Tiger o Polskę, o powód mojego przybycia, o plany. Nie przestaje się uśmiechać, dopóki nie wyjawię mu celu mojej wędrówki. Milknie, gdy mówię o dzielnicy Zamalek, w Kairze. Pyta, czy jestem z ambasady, a jego oczy robią się czujne i smutne. Głos nabiera agresywnej nuty. „Nie”, odpowiadam. Nauczycielka. Oddycha jakby z ulgą i zmieniamy temat na lżejszy. Ma do mnie prośbę. Czy bym nie popilnowała jego sklepu, bo poszedłby wziąć prysznic. Boję się, ale zagaduje mnie na wpół po arabsku, wpół po angielsku i po prostu wychodzi. Zostaję sama w czeluści sklepiku, z jego plastelinowymi Tutanchamonami i bursztynem pachnideł, pozaklinanym w słoiki. Mężczyzna z naprzeciwka śmieje się w głos ze swojego plastikowego krzesła i wyciąga następnego papierosa.

Wtedy przychodzą dzieci.

Pierwszy nadciąga bosy, krępy chłopiec w marynarskiej bluzce w paski, umazanej czekoladą. Jest bezczelnie śliczny i brudny. Zaklejony w uśmiechy podchodzi do odsuwanej lodówki stojącej we wnęce na zewnątrz i pokazuje mi loda. Odganiam go, a wtedy – jak na komendę przybiega chuda dziewczynka składająca się wyłącznie z tumana włosów i brudu. W grzywce poniewierają jej się trawy, gdzieś Ty była, mała, myślę sobie z podziwem. Nadbiega też drobny boy, w postrzępionych portczynach i z lekko pękatym brzuchem. Cała trójka boso, twardo osadzona w magmie ziemi, na dużych, arabskich stopach wyślizganych piaskiem. Rozłażą się po sklepie i przestawiają Sfinksy z plastiku, brudnymi palcami dotykają papirusów, a ja drżę i o towar i o szklane półki, że potłuką. To szarańcza, plaga egipska. Do jaskini wchodzi jeszcze dorosły mężczyzna, ale temu mogę na przemian powiedzieć i pokazać, że Tiger poszedł do tyłu, ale że wróci. Mówi coś, co ma brzmieć jak znak że poczeka, wyciąga papierosa z miękkiej paczki i pali. Smuga dymu o zimnej, aksamitnej barwie przepycha się ze złotym światłem i mu ulega, jej kark obnaża się i sinieje na powietrzu do siwizny. A potem uchodzi w górę, w agonii znika za krawędzią budynku. Szybkie życie, szybka śmierć. Bezradność ma kolor tamtej chwili.

Dzieci dotykają mnie, ten w marynarskiej koszulce dostrzega aparat na moim plecaku. Pokazuje, że chce zdjęcie. Wychodzi ze mną na zewnątrz sklepu i kuca w pozie egipskiego maczo, kolanami do zewnątrz. Potem siada na plastikowym krześle z rękami na dół, a następnie – zgrabnie powraca do tematu lodów. Będzie świnia niebo widziała, jak dostaniesz się do tej lodówki, myślę sama do siebie, a jakby do niego.

Nie lubię tej emocji, co we mnie nastała. Chciałabym, by te dzieci zachowywały się jak „moi ludzie”. Więc ten najśmielszy, byłby ich kapitanem. Wyładowałabym ich przed sklepik i staliby na krawężniku posłuszni, w szeregu, z poskładanymi u nóg artefaktami marynarza. Im dużo nie potrzeba, muszla, kolorowa dziecięca lornetka czy teleskop, drewniany stateczek. Powiedziałabym im wtedy, mając dar telepatii albo charyzmat języków, że wejścia do sklepu w tej rybackiej wiosce pilnowali zawsze marynarze z sercem brytyjskiego lorda, głęboko stroskanymi twarzami, z którymi nie licują wesołkowate zaczepki, ani zuchowate, nagie i bezwstydnie brudne szyje sterczące nad pasiastymi koszulami. Dlatego jeżeli chcą przejąć dziedzictwo tych co byli tu przed nimi, powinni pójść teraz – natychmiast do domu, by w jego zaciszu, zgłębić czytanie i algebrę. Niestety, ani charyzmat ani pobożne życzenia nie spełniają się we mnie i dla mnie, amen. Dzieci jak to dzieci, robią co chcą.

Mężczyzna znudził się czekaniem. Gasi butem papierosa i zniecierpliwiony daje mi zmaltretowane pięć funtów, z szuflady w biurku wyjmuje dwie monety, a z lodówki wydobywa czerwoną puszkę Coca Coli. Mówi coś, czego nie rozumiem, macha rękami i wychodzi.

Życie ma istotny walor edukacyjny. Gówniażerka przetrząsa kieszenie, rzuca mi jakieś monety na cytrusową ceratę i idąc w ślady poprzednika, dopina się do lodówki. Patrzę na to bezradnie. Świnia w drzwiach raju zastaje zdaje się, świętego Franciszka, który zaprasza ją do skrytego za prawym obłokiem najprawdziwszego koryta, z najprawdziwsza sieczką pomieszaną z kartoflami. Świnia kwiczy jak zarzynana, z radości. Jest czystsza od tych dzieciaków, ale chyba nie bardziej niż one, szczęśliwa.

Stoję bezradnie. Arab z naprzeciwka się śmieje. A wtedy nadciąga wypachniony Tiger, z bułkami i warzywami w reklamówce, a jego krzyk niesie się hen, ponad senną tego dnia Hurghadą. Mój kapitan dostaje w łeb, ale Tiger wszystko mu tłumaczy. Co zrobił źle. Mały zanosi się udawanym, modulowanym jak syrena przeciwpożarowa, płaczem. Przychodzi też ten z naprzeciwka i pokazuje na Coca-Colę w lodówce, na pieniądze. Wtedy właściciel kantorka się śmieje, do mnie i ze mnie. Brawo, Kinga, jesteś dobrym sprzedawcą! Powiedziałabym mu, że to wiem, bo onegdaj pracowałam w sex-shopie, ale milczę.

Zastanawiam się, czy by nie dać Tigerowi wolnego od niańczenia mnie i mówię, że poszłabym na plażę. Każe mi zostawić plecak i wszystko co moje, mówi, że tego popilnuje. Chwile się waham, ale mój atman każe mi po prostu zaufać. Z plecaka wyciągam aparat i część pieniędzy, „na wszelki wypadek”. Żegnam się i wychodzę, Tiger gestem rąk wskazuje mi plażę. Bez przekonania idę w tamtą stronę. Dochodzę do pierwszego lepszego hotelowego wejścia, bo nie widzę innej możliwości skorzystania z plaży: hotele wzdłuż wybrzeża zazdrośnie bronią dostępu do morza. Ten jest płatny, bo w życiu – nie ma nic za darmo, madame! Przekraczam niską furtkę, zabudowaną dookoła bieloną gliną.

Świat za białym murkiem zmienił kolor w kierunku przydymionego indygo. W hotelu wszystko jest białe, prócz twarzy majordomusów. Kasują kilka funtów za wstęp i jeden z nich z uśmiechem jak z żurnala wręcza mi wykrochmalony biały ręcznik, którym mogę się okryć. Wskazuje leżaki: trzeba przejść obok nęcącego wodą basenu, gdzie ubrane w dwuczęściowe kostiumy i luźne tuniki siedzą dwie blondynki i mężczyzna ich życia z ramionami tak szerokimi, że gdyby chciał zgarnąłby je obie. Więcej gości nie ma, bo sezon się zakończył. Marmurowe płyty lśnią od czystości. Nawet światło ma chłodny odcień, onieśmielone bliską obecnością morza. Morze to turkus i ten ukochany, niczemu niewinny bezkres, który skrada się w ciszy i przechodzi o ton, w barwę nieba. We mgle widzę nie horyzont a potężny masyw płytkich gór, które stoją dostojnie i dają się smerać morskiej wodzie. Przepuszczone przez hurgadzkie powietrze, wpadają w odcienie fioletu, różu i złota.

Wokół mnie nie ma nikogo, jestem jedyną turystką tamtego dnia w Hurghadzie, która wyszła na plażę. Kładę się na białym, czystym leżaku, pod słomianą parasolką. Stoją tu rzędem bezdomne, w ciszy odpoczywają, ciężkie pustką, jaką pozostawiły ciała tych, którzy jeszcze dwa miesiące temu wypełniali je po brzegi. Patrzę na niebieskie łodzie, przycumowane przy cyplu po prawej stronie, na płynne granice innych hoteli, czuję spokój. Za plecami mam wąski trawnik, na którym rzędem rosną palmy, a pod nimi różowe kwiaty, to chyba hibiskus. Przy trawniku majstruje ogrodnik, w białych spodniach i słomianym kapeluszu. Gdybym go nie widziała, nie uwierzyłabym. Wygląda jak z filmu. Kopie przy krawędzi trawnika, próbując na stale zamontować w tym miejscu zraszacz. Obok gra radyjko. Do moich uszu dobiega ten sam zaśpiew, który słyszałam z warsztatów samochodowych. Kompletnie nie pasuje do scenerii, palm, parasolek, morza. Ale Britney Spears czy innych gwiazdek popu, mniej lub bardziej aktualnych – słucha się tutaj w sezonie. 1 listopada, plażę w objęcia bierze nostalgia, której takty wyznacza azan.

Leżę na leżaku i wdycham zapach morza, ciepłą bryzą omiatający moje ciało. Myślę, czym jestem w tamtej chwili, bo „kimś” przestałam być jakiś czas temu, tu – w Egipcie, stres i niewyspanie wzmogły odczuwanie faktu, że jestem nie-bytem. Zmieszało się moje poczucie bezpieczeństwa z całkowitym jego brakiem, to w końcu kolebka świata, Egipt, obcy świat, a temu – niedaleko przecież do końca. Świadomość ja rozszerzyła się na tej plaży, znikło „ja” osobowe. Jestem palmą, leżakiem, ręcznikiem, ciałem, majordomusem, szklistym powietrzem wokół, a najbardziej – tłem. Lazurem morza, nefrytem wody. Zakrzepłym Morzem Czerwonym. Przyglądam się temu urokliwemu widoczkowi rozpostartemu przede mną, myślę, to mi się śni? Bo nie wiem, nie czuję realizmu – nawet magicznego, nie czuję nic, prócz z wolna rozwijającej się akcji, przechodzenia jednego wrażenia w drugie. Z wdzięcznością uśmiecham się do upływu czasu, który tak rzetelnie pozwala się obserwować. Uderzam w drewniany leżak ramieniem, ból rozlewa się z centralnego punktu gdzie skumulowało się doświadczenie, więc jestem, to nadal ja, istnieję w materii, neurony przenoszą bodźce w głąb układu nerwowego mojego leniwego w tamtej chwili, ciała. Żyję w gęstej, trudnej – ale i pięknej, atmosferze planety.

Tak mija kilka godzin. Wychodzę z plaży, skinieniem głowy żegnając majordomusów, zapraszających mnie na wieczorną dyskotekę. Nie jestem zainteresowana. Wieczorem wyruszę w moją drogę do Kairu, Matki Świata. Spacerkiem idę w dół zupełnie pustej ulicy, kurortu po sezonie. Tylko pył i gazeta – nie mająca dla mnie żadnych znaczeń, wniosków ani informacji, w zwarciu drenują bezruch powietrza, które jest ostre, jak cięte w szkle. Dochodzę do sklepiku, a tam – zmienił się krajobraz i energia, bo nic nie trwa wiecznie, nawet w tej ciemnej dziupli.

Czarnowłosa kobieta, z wyjątkowo smutnymi, głęboko sarnimi oczami odskakuje od lady, za którą na plastikowym krześle siedzi Tiger. Ubrana jest w czarno-białą szmizjerkę, pomalowana gustownie acz dyskretnie, w kącikach oczu zastyga rozmazany łzami tusz do rzęs. Europejka. Tiger chowa pod biurkiem dżinsy i koszule, które ona mu przyniosła.

  • Kinga, poznaj Nataszę – mówi, niespeszony. – Natasza jest z Rosji.
  • Miło mi Cię poznać, Natasza – mówię, podając jej rękę. – Jak się masz?
  • U mnie w porządku – mówi, choć drżący głos i tusz w kącikach oczu temu przeczą. – „Żarko” – dodaje, wachlując się ręką.
  • Żarko znaczy „gorąco” po rosyjsku – dopowiada Tiger. Odpowiada coś Nataszy, a w tonie jego głosu czuć intymność i dlatego mam wrażenie, że jestem intruzem, że przerwałam coś, co przynajmniej dla kobiety, było bardzo ważne.

Natasza tłumaczy, że to ostatni dzień dwutygodniowych wakacji. Za pięć godzin pod hotel podjedzie autobus i zawiezie ją na to samo lotnisko, na którym ja niedawno wylądowałam. Dlatego przyszła pożegnać się z Tigerem. Przyniosła prezenty i liczne obietnice powrotu. Czy to miłość? Czuję silne uczucie, ale jest ono okrutnie jednostronne. Jeszcze nie wiem, że widzę zjawisko powszechne w kurortach. „Habibi tour” to wycieczka do ukochanego: kobiety z Europy często przyjeżdżają do Egiptu i znajdują tu miłość, którą potwierdzają prezentami, awizują pieniędzmi. Zjawisko, o którym napisano setki artykułów, kręcono filmy dokumentalne i o którym dyskutowano szeroko w internecie, ja mogę zobaczyć na żywo. Ale wcale mnie jakoś nie oburza. Uczucie, nawet jednostronne jest prawdziwe i ma swoją głębię, której mądre filmy „o zjawisku” nie oddają. Bo nie można w kilku kadrach czy uczonych wypowiedziach oddać tego, co jest prawdziwą pasją, nurtem życia, falą emocji tak silną, że jej przepływ wyczuwalny jest dla postronnego obserwatora. Czuję skrępowanie faktem uczestnictwa w tej intymnej chwili.

– Przepraszam Tiger, ale muszę iść – mówię prędko. W oczach Rosjanki dostrzegam wdzięczność. Niezależnie od tego, jak się ta miłość zakończy, będzie zawsze pamiętała, że ja – nieznana Polka, dałam jej jeszcze kilka chwil z tym, którego wybrała. Zarzucam plecak na plecy, podaję obojgu ręce: Natasza ściska je naprawdę mocno, a jej źrenice ciemnieją, gdy patrzy się w moje siwe oczy. Wie, że ja wiem.

– Powodzenia – mówię, kiwam głowę i wychodzę w złote światło ulicy. Przechodzę pod hotel, pod który podjechać ma autokar, który powiezie mnie do Kairu. Powoli wpasowałam się w świat kurortu po sezonie. Czy równie dobrze pójdzie mi w wielkim mieście, dowiem się w następnym odcinku.

Absolwentka prawa i filologii polskiej, na chwilę obecną bardziej prawniczka, niż filolog. O funduszach unijnych wie wszystko. Przez wiele lat była publicystką i dziennikarką. Publikowała na Onecie, w Wirtualnej Polsce, Tygodniku „Nie” i w wielu innych miejscach, w sieci i na papierze. Prowadziła nagradzane i doceniane w przestrzeni publicznej blogi, nieobca jej była fotografia i grafika komputerowa. Maluje farbami akrylowymi, nie odpuszcza pisania. Pewnego dnia w pełni przebudziła się duchowo i od tamtego momentu nic już nie było takie samo: przez kilka miesięcy pełniła obowiązki kierownika SPK w Egipcie, w wolnych chwilach zgłębiając tajniki wiedzy tajnej. Tam stała się Wiedźmą, ani przez chwilę nie tracącą kontaktu z „realnym życiem”: często wraca do tego doświadczenia. Kocha koty, kawę, światło i dobrą literaturę.

Ogólne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *