Czas czytania: 4 min

Właściwie każdy obraz jest opowieścią o moim odbiorze świata. Jest moim pamiętnikiem. Każdy chętny znajdzie coś dla siebie. Chcesz wiedzieć więcej o malowaniu?

Malowanie i skąd ta miłość

Gdy byłam młodą dziewczyną, jeszcze w podstawówce, na myśl i pytania, kim chcesz być gdy dorośniesz, widziałam siebie w roli malarki. I to nie tak, że przedstawiałam jakiś szczególny talent. Po prostu takie miałam widzenie siebie. Coś tam więcej od innych może i potrafiłam namalować, ale żeby to było szczególnie oszałamiające, to nie. Zresztą w tamtych czasach do dyspozycji miałam tylko bloki rysunkowe, szary papier, plakatówki. A pędzelki to na podpórki do roślin doniczkowych się nadawały, a nie do malowania.

Pierwszy kontakt z dobrym sprzętem i wyśmienitymi farbami miałam w pracy w Hanna Barbera Poland we Wrocławiu.  Wtedy już wiedziałam, że kolory to jest to, co lubię, i że widzę je bardziej od innych.


Potem, będąc przede wszystkim matką, prawie zapomniałam, że miałam marzenie. Malarskie marzenie. Siedem lat temu Wena nie wytrzymała i eksplodowała. Z taką siłą, że do tej pory się dziwię, ile tego we mnie było ukrytego: poukrywanych, poupychanych obrazów – w zakamarkach ciała i umysłu.


Wygląda na to, że jest to silniejsze ode mnie. Więc maluję.

Zanim chwycę za pędzel i farby

Początek mojego malowania to… zachwyt. Po pierwsze zachwyt. Potem wdzięczność. I proces malowania rozpoczęty. Reszta przychodzi samoistnie. Się dzieje i malunek gotowy.


To moje realistyczne malowanie odzwierciedla to, co widzę,  co czuję, co wchodzi we mnie. 

Mam takie szczęście, że spotykam swoje obrazy. Jadę rowerem nadmorską ścieżką. Zimnica i mgła. Nadchodzi zmierzch. Nagle stado bawołów szkockich pasie się na pagórkach… i wyłażą mi po kolei z tej mgły. Cisza i magia. Przystaję i się zachwycam. Czas się zatrzymuje. Łzy w oczach z wdzięczności, że mam takie szczęście. Chłonę, oddycham, rejestruję całą sobą to uczucie, te kolory, ten moment. Mam to i już wiem, że będzie z malunek. Robię zdjęcia. Wracam i samo się maluje. Szybko, na wdechu, w zachwycie.

Wioletta Kotwicka

Wystarczą podstawy

Jakieś podstawy, co do zastosowania materiałów i technik, posiadam. Podstawy. Bo nie wgłębiam się zbytnio, jak to robią inni. Ani nie myślę o tym, jak maluje się  prawidłowo. Może to wynika z buty, zbytniej pewności siebie, a może w moim przypadku sztywne trzymanie się zasad zabija moją kreatywność.

A jak zatem powstają moje obrazy? Różnie. Czasami szkic, a czasami bez szkicu. Czasami farby wyciskam od razu na płótno, a czasami na paletę. Mieszam też różnie. Zazwyczaj grubym pędzlem dźgam różne kolory. Potem mażę, rozprowadzam i zachwycam się. I dziwię radośnie, jakie piękne połączenia wychodzą.


Czasami obraz powstaje jednym podejściem. Pamiętam, jak przy pierwszej serii ptasiej cietrzew zajął mi 40 minut. Jakże byłam zawiedziona, że to już koniec. Poprawiłam sobie nastrój malując kolejnego ptaka.

Tego chcę od odbiorcy!

Odbiorcy są dla mnie bardzo ważni. Największa nagroda i przyjemność jest wtedy, gdy widzę, że obraz działa – że wchodzi do wnętrza, wywołuje emocje.
I czym bardziej nasączony jest moimi emocjami, tym bardziej działa. Oczywiście, nie na każdego.

Właściwie każdy malunek to opowieść o moim odbiorze świata. Można powiedzieć, że jest moim pamiętnikiem. Każdy chętny znajdzie coś dla siebie.

Namalowałam kiedyś kawałek plaży w Monster. Ot, zwykła holenderska plaża: morze, piasek, płotek z drutem kolczastym, w oddali zarys dwóch postaci. Na pierwszy rzut oka zwykły obrazek niebiesko-żółty, a nie zapomnę Basi, która patrząc na ten obraz miała łzy w oczach.  Na jej twarzy malowały się emocje, które nią targały. Tak jak mną. Bo to był bardzo osobisty obraz, szczególne dla mnie miejsce i czas. Bardzo emocjonalnie nasączony. I Basia odebrała ten przekaz. Jej niesamowita wrażliwość zarezonowała z moją opowieścią z tej plaży. I w tym momencie to był ten sens, który mnie interesuje u odbiorcy. To dla mnie nagroda.

Wioletta Kotwicka

Kiedy zostaje odebrana moja opowieść zawarta w obrazie, to wiem, że drugi człowiek przepuszcza ją przez swoje wnętrze, filtruje ją przez swoją wrażliwość. Wtedy ta opowieść zaczyna żyć swoim życiem i powstaje jej nowa interpretacja, nowy obraz. Obraz widziany nie tylko oczami, ale i emocjami. O to mi chodzi!

Jeżeli show, to tylko po to, aby znaleźć ciebie


Lubię też malować przy innych – robić takie show. Lub wrzucać na fejsa szkic i dzielić poszczególnymi etapami malowania w czasie rzeczywistym. Wiem, że są tam gdzieś na świecie ludzie, których to interesuje, że daję im poczucie bycia ze mną w trakcie, że mogą podpatrzeć, jak ja to robię.


I nie zabiegam o to, aby każdemu podobały się te moje obrazki. To nie jest możliwe.
Ale mam marzenie, aby moje obrazy wisiały w muzeach świata.

Zmiana planu i maluję z widokiem na Morze Północne

Gdy ponad rok temu przyjechałam do Holandii, miałam w planie być tu najwyżej dwa miesiące. Szereg zdarzeń, które następowały lawinowo, spowodowały zmianę i weryfikację planów. I dobrze, bo nie poczułabym tego kraju, będąc tutaj za krótko.

Wioletta Kotwicka

Lubi malować i kocha taniec, życie. Uwielbia również jeździć na rowerze, dlatego pokochała Holandię.

„Dzieła Wioletty Kotwickiej odzwierciedlają harmonię natury, w której jest prostota i pełnia, czystość i oryginalność, a nade wszystko odbicie doskonałości świata. Autorka afirmuje istnienie i wzbogaca jego przestrzeń pulsującymi, komórkowymi, barwnymi tłami. Mądra pochwała świata, widoczna w tych dziełach, stanowi ogromną wartość, szczególnie dzisiaj, gdy mnożą się zagrożenia, a dobro i głęboka zaduma wypierane są przez agresję i nienawiść. Proponując świat świetlisty i przejrzysty jak kropla wody, autorka tworzy opowieść o sobie i o ludziach, których spotkała na swojej drodze, a także dopełnia trwanie refleksją liryczną, która staje się filozofią każdego istnienia.”

Dr Dariusz Tomasz Lebioda

www.instagram.com/w.kotwinka/


.

sztuka Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *