Czas czytania: 5 min

 „Zdobywanie wiedzy rozwija emocjonalnie i poznawczo, uczy krytycznego myślenia, podejmowania samodzielnych decyzji, otwartości oraz ukazuje złożoność pozornie prostych zagadnień”.

Po maturze  rozpoczęłam studia uniwersyteckie na kierunku przyrodniczym. 

Dzięki systemowi stypendialnemu dostępnemu dla studentów pochodzących, tak jak ja,  z rodzin wielodzietnych przyznano mi  miejsce w Domu Akademickim i całodzienne wyżywienie w uniwersyteckiej stołówce. A dzięki  korzystaniu z ogromnych,  jak na te czasy, księgozbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej oraz Bibliotek Wydziałowych wreszcie  mogłam znaleźć wiele odpowiedzi na wciąż ważne dla mnie pytanie „ dlaczego”.

I tym sposobem zaczęła się  moja prawdziwa dorosłość, odpowiedzialność za wszystkie  wybory i  ich konsekwencje.

Co poza zdobyciem wiedzy kierunkowej dały mi studia? Bardzo dużo!

 Poprzez kontakty z szeroko pojętą kulturą, sztuką,  nauką i sportem, nastąpiła weryfikacja moich  dotychczasowych, wyniesionych z domu przekonań na każdy temat. Dokonał się też mój  samoistny  „szlif osobisty”  polegający na wzbogaceniu słownictwa i wygładzaniu tworzącej się osobowości  czyniąc  ją   bardziej atrakcyjną wizualnie.

A kontakty  z pracownikami naukowymi rożnego szczebla i rówieśnikami obu płci z rożnych stron Polski  umożliwiły mi  poznanie ich systemu wartości i weryfikację z moim.

Skutkiem tego zaczęła kiełkować we mnie świadomość własnej kobiecości, której początkiem było  odejście  od wzoru, jakim był do tej pory obraz jedynej ważnej  dla mnie kobiety – mojej Matki. Od przekonania, że grzeczne dziewczynki, postępujące zgodnie z oczekiwaniami społecznymi wobec kobiet zwyciężają  w życiu, a przegranymi są  te  niegrzeczne,  kwestionujące kobiecość tradycyjną. Że postawa skromności i pokory  „siedź w kącie, znajdą cię” jest antyreceptą na życiowy sukces a koniecznością wręcz  jest  mieć własne zdanie na każdy temat, umiejętność bronienia go oraz dobrej argumentacji  na bazie wiedzy. 

Dla porządku podaję za encyklopedią, że „  cechy stereotypowo dotychczas uznawane w społeczeństwach za charakterystyczne dla kobiecości to: empatiapokora i wrażliwość, opiekuńczość, urokliwość, dobroczynność, delikatność, łagodność, ciepło, pasywność, współpraca, ekspresywność, skromność, uczuciowość, czułość, bycie emocjonalnym, uprzejmym, pomocnym, oddanym i wyrozumiałym”( sic!)

Nie ukrywam, iż zestaw tych cech  był w owym czasie  dla mnie tak  abstrakcyjny, że nawet dziś, po upływie pół wieku, nie próbuję go skomentować!

Osobną sprawą było zdobycie posagu, jakim dla studiującej dziewczyny jest  jej wykształcenie.

Dla wyjaśnienia podaję, że posag to jest kapitał, majątek wnoszony mężowi przez żonę przy zawieraniu małżeństwa. Dawniej rodzice panny młodej musieli dawać go panu młodemu w postaci wartości pieniężnej  lub  w naturze ( ziemia, zboża, zwierzęta itp.)

Nie zdziwię się  jeżeli to zdanie o posagu rozbawi kogoś z czytelników, ale taka była prawda w owych czasach. Tyle tylko, że  powojennej biednej Polsce walor posagu zmienił się  ze stricte materialnego na naukowy jakim wtedy był tytuł  magisterski. I rzeczywistym posagiem panny na wydaniu stawało się jej wykształcenie.

Ośrodek akademicki zawsze jest  miejscem w którym życie biegnie własnym  torem. A młodzież studencka przebywająca w nim przez kilka lat  nie tylko studiuje, ale dojrzewa, łączy  się w pary, zawiera małżeństwa, zakłada rodziny. Tak jest teraz i było wtedy gdy studiowałam  więc nic dziwnego, że  ten rodzaj posagu był i jest w ciągłej cenie. 

                                                        ***

                     „ Jako jest wdzięczne, małżeństwo zgodne”

                                                                               Mikotaj Rej

„Kobieta – jej rola rozpatrywana w sensie małżeństwa – miała być nie tyle obiektem miłości, ile osobą umożliwiającą spłodzenie i urodzenie nowych obywateli. Dlatego też prawo otaczało opieką tę właśnie społeczną rolę kobiet”.

Wychodząca za mąż  dziewczyna po studiach nie wiedziała, że w praktyce  jej wykształcenie jest tylko dodatkiem, rozszerzającym jej obowiązki  w małżeństwie o pracę zawodową.

Obowiązki, które w patriarchalnych społeczeństwach istniejących do dzisiaj, nie zmieniły się od wieków mimo rozwoju nauki i transformacji ustrojowych.

Nie wiedziała, że  nawet z tytułem  profesora wyższej uczelni  w małżeństwie będzie  tylko żoną czyli kobietą zatrudnioną na wielu etatach i pracującą bez wynagrodzenia  siedem dni w tygodniu  przez 24 godziny na dobę. Mężowie w tym czasie w niczym nie pomagali w domu. Zwyczajowo.

Będąc na  piątym roku zakochałam się. Bez pamięci i na zabój!

Mało tego! Założyłam a priori, że Obiekt mej miłości ma wszystkie cechy romantycznych bohaterów z tych przeczytanych przeze mnie w wieku dojrzewania powieści i obejrzanych filmów.  Obiekt  co prawda, na  razie ich nie okazuje – z ostrożności lub nieśmiałości – nie wiem,  ale od czego jest potęga miłości?  Skoro ma moc przenoszenia gór, to więcej cech  romantycznych u mego Lubego z czasem  nie  ujawni ? Ujawni!

Cóż,  w czasie mojej młodości  tzw.  narzeczeństwo było tylko spotykaniem się młodych poza domem. Nie było okresu docierania się bo partnerstwo wtedy nie istniało, a mieszkanie razem bez ślubu, czyli życie na tzw. „ kocia łapę” społecznie  nie wchodziło w rachubę. A współżycie seksualne młodych było takim tabu, że się o nim nawet  nie rozmawiało. Ta społeczna HIPOKRYZJA była głównym  powodem do zawierania  małżeństw przez zbyt młodych ludzi, których  potem względy finansowe zmuszały  do mieszkania  z rodzicami.

I tu rozpoczynał  się dramat bo osoba, która  wchodziła z zewnątrz w obcą rodzinę  musiała się spodobać wszystkim jej członkom i dopiero po ich akceptacji mogła zabiegać  o uznanie jej statusu żony czy męża.  Obowiązkowo musiała się dostosować do zwyczajów panujących w tej rodzinie, a  jeśli tego egzaminu nie zdała, przegrywała związek.

To się może się dziś wydawać niemożliwe ale ja wiem, co mówię!  Mój partner nie podlegał ocenie swoich bliskich jako mąż, ojciec i człowiek. A tym bardziej  jako  alkoholik, bo przecież stał się nim z mojego powodu. Jak się ma taką żonę jak ja,  to się musi pić!

 Ja natomiast byłam nie tylko oceniana ale wręcz tępiona jako uosobienie zła wszelakiego w moim stadle!

Zarzucano mi, że wyszłam za mąż dla nazwiska ale nikt mnie nie oświecił,  jaką wagę i dlaczego,  miało to bardzo pospolite  nazwisko?  Mimo wielu starań ze strony członków tej rodziny nie dało się  ukryć, że nestor ich rodu jest osobą  psychopatyczną, czerpiącą radość z psychicznego znęcania się nade mną.

Dla porządku podaję, że wszystkie te zdarzenia były rozłożone w czasie nasilając się wraz z upływem lat, a mój mąż nie reagował na żadne z nich. 

Mimo wszystko, ja  się w tym małżeństwie rozwijałam,  dojrzewałam. Z dziewczyny stałam się kobietą,  matką a mój mąż zatrzymał się na etapie Piotrusia Pana – alkoholika. I był bezkarny. Z tego powodu nasze małżeństwo w końcu  się rozpadło, ale wina a była po mojej stronie , bo to ja wystąpiłam o rozwód.  Sąd orzekł rozpad małżeństwa z winy męża, ale to nie miało dla jego rodziny żadnego  znaczenia! To ja byłam winna bo złamałam podstawową zasadę obowiązującą społecznie.  Nie tylko ujawniłam w sądzie brudy rodzinne, które  przecież pierze się tylko w domu ale zamiast nadal żyć w tym stadle ukrywając wszystko przed światem ja się rozwiodłam!

Że mąż pił?  No i co z tego, przecież wszystkie chłopy piją, nie on jeden.

To nie jest powód do rozwodu, inne żony mają gorzej i z tym żyją – takie było stanowisko kobiet z obu naszych rodzin. KOBIET!

W ich ocenie moja wina była większa,  bo  rozwodząc się z mężem alkoholikiem pozbawiłam dziecko ojca! Który piłby, biłby, ale byłby!

Często się teraz mówi, że w naszych czasach małżeństwa były bardziej trwale, bo obie strony się o to starały. Nieprawda! Kobiety wiedziały, że po rozwodzie zostaną napiętnowane i zupełnie same,  bez społecznego wsparcia. W rodzinach winne temu, że złamały kościelne  przykazanie – co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się  rozłączać ( „taki wstyd, w naszej rodzinie nigdy rozwodów nie było!”).

Kobiety – zawsze winne,  mężczyźni- nigdy!

Z  małżeństwa wyszłam tak jak stałam.  Z kilkuletnim  synem, kolosalną nerwicą i długami, bo mąż albo nie pracował albo nie donosił pensji do domu. Więc pożyczałam pieniądze od znajomych albo brałam  chwilówki z kasy zapomogowo – pożyczkowej w szkole.  Alimentów na syna też nie płacił bo przed stanem wojennym wyjechał do Australii i dla nas ślad po nim zaginął.

Po rozwodzie otoczenie sąsiedzkie nie  okazywało mi współczucia. W miejsce  tego  byłam  obserwowana –  kto do mnie przychodzi i czy to są mężczyźni a jeśli tak to ilu? Zamężne koleżanki  przestały mnie zapraszać, bo byłam wolna i przez to stałam się dla nich  potencjalnym zagrożeniem. W ich mniemaniu nie miałam nic innego na myśli jak właśnie im odebrać męża i zniszczyć życie małżeńskie. 

Byłam groźna bo miałam odwagę zmienić swoje życie, wyjść z toksycznego związku w którym wiele z nich wciąż tkwiło. Stałam się przez to ich wyrzutem sumienia i wrogiem z automatu. Rozwódka  była w tych czasach postrzegana w społecznej duszy kobiet jako niemoralna.

To był czas w którym kobiety tak właśnie  myślały o innych kobietach. I wiem, że mimo upływu lat wiele z nich jeszcze tak myśli!

Tutaj >>> Wybór świadomego kształtowania swojej kobiecości. Część 1. Narodziny.

Halina Gumowska

Emerytowana nauczycielka – pedagog, trenerka umiejętności społecznych i  rozwoju osobistego.  Autorka książek psychomotywacyjnych „Odnaleźć siebie”, „Zostań Kopernikiem” i realizatorka psychoedukacyjnych  programów  autorskich,  adresowanych do młodzieży szkolnej i  osób dorosłych z  rożnych grup zawodowych i  środowiskowych, dotyczących rozwoju ich kreatywności i uruchamiania wewnętrznego potencjału. Specjalistka w zakresie  prowadzenia szkoleń  dotyczących kreatywności, komunikacji interpersonalnej, psychomotywacji,  usprawniania pamięci i redukcji stresu. Dziennikarka portalu mywtoruniu.pl.

O autorze

zapiski osobiste Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *