Czas czytania: 3 min

Włosy przykleiły się jej do czoła. Oddychała ciężko i trochę bała się poruszać.  Leżała podłączona do respiratora, który dawał ułudę samodzielnego oddychania. Każde wyjście z łóżka, każde odłączenie i wyjście ze szpitalnej sali stawało się niebezpieczną wyprawą.

Mówili, że nie współpracowała

Od czasu do czasu któryś z dochodzących wolontariuszy próbował ją uczyć specjalnych technik oddechowych, ale nie przykładała do tego wagi. Jak to się mówi: nie współpracowała. Nie chciała też z nikim rozmawiać na temat rokowań. Sama wiedziała co się dzieje.

Była dopiero ósma rano. Najpiękniejsza dla niej pora dnia, bo nikt jej nie niepokoił. Wisząca nad oknem krótka roleta nie zatrzymywała świeżego powietrza, które zaczęło wypełniać  duszny pokój. Zamknęła z lubością oczy, by skupić się na odgłosach życia zza okna:  szumie opon na niedalekiej ulicy, stłumionych rozmowach, szybkim stukaniu obcasów po chodniku. Kilka wróbli sfrunęło na parapet, delikatnie stukając i skrobiąc drobnymi pazurkami. Uśmiechnęła się lekko. Drobne zmarszczki na czole nieco się wygładziły.

Choroba już zdążyła

Na pierwszy rzut oka trudno było określić, ile ma lat. Miała jasne, długie włosy i dziewczęcą twarz. Krótka, ale ciężka choroba zdążyła już jednak przydać powagi jej spojrzeniu i przygasić radosne spojrzenie. Zdecydowanie też mniej  mówiła. Mniej domagała się uwagi i o wiele mniej rzeczy prosiła.

Dużo za to działo się w jej głowie, szczególnie podczas takich spokojnych, jasnych poranków. Zsunęła z siebie kołdrę, by całą sobą poczuć przyjemny chłód powietrza. Pod przymkniętymi powiekami przesuwała sceny z życia, ba, całe lata, od dzieciństwa aż po dojrzałość. Klatka po klatce przewijała w głowie film. Niektóre sceny pospiesznie, byle jak, by zatrzymać się na tym, co chciała pamiętać.

Praca, pośpiech, dom, przedszkole, szkoła. Wszystko już takie nieważne

Dziwne, że wyraźniej pamiętała dźwięki i zapachy: plusk fal wakacyjnego jeziora, stukanie wiosła o kajak, zapach trzcin i starego koca – to był zapach dzieciństwa. Metaliczny zapach wagonów, ciągniętych przez lokomotywę parową – to zapach podróży. Rozgorączkowana przypominała sobie stukot rozsypywanych na podłogę klocków, wirowanie pralki, niekończące się dyskusje, układanie kafelków, kupowanie samochodu. Bulgotanie zupy. Zapach kawy. Praca, pośpiech, dom, przedszkole, szkoła. Wszystko już takie nieważne. Ot, wydąć wargi i prychnąć lekceważąco.

Nie wiedziała, czy jeszcze wspomina, czy już śni

Obrazy, dźwięki i zapachy zaczęły dziki taniec w jej głowie; granatowa filiżanka z cienkiej porcelany kręciła się wokół bukietu róż w jej wazonie, nowa sukienka krążyła na wieszaku wokół żyrandola, sandał skakał w parze z główką kapusty, która wyskoczyła z lodówki. Szafki w kuchni same się otwierały, zakurzona serweta ześlizgnęła się z komody i wiła w stronę drzwiczek pralki jak wąż.

Jedynym spokojnym meblem był wielki, okrągły stół w salonie, na środku którego leżał… leżał… Co tam leżało?

W tym półśnie ona sama lewitowała wysoko nad stołem, nie mogąc wyostrzyć wzroku na leżący na stole kwadratowy, płaski przedmiot. Co to jest, to płaskie? – zastanawiała się, krążąc nad stołem. Koła w locie zacieśniały się i miała wrażenie, że jej ciało skupiało się już tylko na krążeniu nad tym jednym zagadkowym przedmiotem. Denerwowała się, bo nie mogła odgadnąć, co to  jest.

Usiadła gwałtownie na łóżku, naprężając przy tym wczepione w nią wszystkie rurki i wenflony. Zamrugała powiekami, nie mogąc przez chwilę zrozumieć, gdzie się znajduje. Co jest prawdą, a co snem. Po chwili roześmiała się cicho. To był mój notes! To jest mój notes – poprawiła się na głos, po czym opadła z ulgą na poduszkę.

No koniecznie trzeba to spisać, koniecznie!

Po chwili leżenia i wpatrywania się w pustą, żółtą ścianę naprzeciwko łóżka, zebrawszy w sobie całą energię, głośno i wyraźnie oznajmiła:

Ja już wiem, ja już wszystko wiem.

Uśmiechnęła się do pochylającej się nad nią pielęgniarki, do rurek respiratora, a przede wszystkim do siebie. 

Wiem, co leży na stole. Wiem, że to notes. Wiem, że będę jeszcze pisać! Ja mam pisać!

Nic nie dało jej większej frajdy, niż otwarte do granic niemożliwości oczy pielęgniarki. Czuła, jak witamina radości przedostaje się do jej krwiobiegu, namnaża się w rękach, nogach i brzuchu. Ale żeby sandał tańczył z kapustą…? No koniecznie trzeba to spisać, koniecznie!

Z cicho grającego na korytarzu radia dobiegł ją głos spikera: „W ostatniej dobie nie odnotowano żadnych nowych zachorowań.  Mamy nadzieję, że to już ostatni dzień epidemii…”

Katarzyna Cichocka

Przeżyła już prawie pół wieku, a nadal się dziwi.

Nieskutecznie wychowywana na posłuszną dziewczynkę. 

Skończyła studia polonistyczne, choć największym jej marzeniem było zostać specjalistą od HR bądź psychologiem. 

Część marzeń zdążyła już zrealizować: skończyła ZZL, dwie podyplomówki, a w planach są kolejne.

Przez wiele lat zawodowo związana z branżą ubezpieczeniową i korpo, po długim namyśle w 2019 robi woltę w kierunku świata gastronomii. Po godzinach obserwuje miny swoich znajomych na FB, kiwających głowami z niedowierzania. 

Ma wiele zalet oraz niezliczoną ilość wad. 

W planach ma: wychować synów na porządnych ludzi, wyprowadzić się z mężem na odludzie, napisać książkę, być szczupłą, skończyć tę cholerną psychologię, nosić fioletowe rajstopy w odrażające wzorki oraz polatać trochę helikopterem. Może być jako pasażer.

opowiadanie

One thought on “%1$s”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *