Czas czytania: 3 min

NIĆ ARIADNY

Cisza z właściwą sobie subtelnością powoli wprowadzała ład w odczuwanie dziewczyny, darując jej nowe siły. Ta nadal jednak pozostawała wprawna w nieśmiałości, w lęku, ze słabą spirometrią. Tak jakby tlenu nie chciała zbyt wiele brać z atmosfery, bądź miejsca zbyt wiele zabierać. Wydawało się, że żyje na styku dwuznaczności, nieoczywistości. Życiowo przygarbiona, zatrzymana w biegu, a jednocześnie nieadekwatnym pośpiechem nadrabiająca – w swoim mniemaniu – utracony czas.

Jej ciało z czasem dostosowało się do właścicielki. Nie lubiła swoich nadzwyczaj nieprzystojnych, patykowatych łydek, nieproporcjonalnych w stosunku do sylwetki. Jakby odzwierciedlały jej niepewność co do kolejnego kroku. Przygarbione plecy zamykały klatkę piersiową na możliwość oddechu, a wciągnięty matczyną dyscypliną brzuch obudowany tłuszczykiem pozbawiał możliwości czucia. Gdyby nagle puściły wszystkie tamy, jakie widać było w wyrazie jej ciała, mimice – co ewentualnie miałoby po niej pozostać? Co, jeśli w środku niej byłaby zwyczajna pustka, pusty balon powietrza, za sprawą którego tylko unosi się na powierzchni?

A jeśli całe jej dotychczasowe życie było tykaniem bomby zegarowej, która rozbrojona miałaby nagle go zniszczyć?

A co jeśli to w niej miała być pustka? Tego bała się najbardziej. Bańki powietrznej w miejsce kruchego i trwożliwego serca, która nieoczekiwanie obrałaby azymut nawet sobie niewiadomy. Latami bała się głębiej zaczerpnąć powietrza z obawy, że owa bańka przybrałaby na sile i ostatecznie przyczyni się do jej unicestwienia.

Poprzez ściany labiryntu w którym tkwiła, pobłyskiwała jej od czasu do czasu złota nić – bardzo wątła i nadal na granicy świadomości. Jednak czuła pewność, że jest jakiś sens mozolnego kluczenia i „pomyłek”. Wciąż nie wiedziała jednak jaki.

To dusza, jak nić Ariadny pobłyskiwała w czeluściach labiryntu. Tej subtelnej świetlistości nie można było pomylić z niczym innym. Była głosem szczegółów, językiem słów, melodią dreszczy przebiegających przez ciało. Cichym, mówiącym raz lecz zdecydowanie impulsem. Była partyturą melodii bliskiej sercu bez względu na miejsce i czas. Pojawiała się wykluczając każdą wątpliwość.

GŁOS DUSZY

Z czasem zaczęła zauważać, że ma uczucie niedosytu, które zawsze zwyciężało i wydobywało się na powierzchnię bylejakości, jak wyrzut sumienia. Nie mogła dłużej pozostawać obojętna wobec własnych odkryć i intuicji. Jej codzienna dieta składała się z polepszaczy smaku, z tym, że trudno było określić podstawowy smak. Wciąż w biegu, jakby pomiędzy wdechem a wydechem, bez przerwy, która być może mogłaby przynieść jakąś refleksję. Dla chwilowego uczucia przepełnienia – karmiła swoje niepokoje, zapychając swoje usta i wciąż głodny strawy niespokojny umysł. Łatwiej było wypełnić tę pustkę niż jej w pełni doświadczyć i poczuć jej osobliwą pełnię. POCZUĆ. Dla niej znaczyło to tyle ile przeczołgać się poprzez niebyt przepaści, którego żadnymi słowami nie umiała dotknąć. Wiedziała jednak, że ją przerażał. W istocie było to miejsce w którym wszystko się działo. Było to miejsce w którym wszystkie języki i słowa świata milkną.

PRZEZNACZENIE A STRACH

Czuła, że ściga ją nieodwołalnie coś, co wyzwalało w niej głęboki strach, ponieważ oznaczało ostateczną ewaluację jej celów, dotychczasowego miejsca jej „przeznaczenia”. Coraz częściej dotykała myślą obszarów wskazujących na to, że coś nie jest jej bliskie. Powoli zaczynało się formułować jej TAK. Bała się… Jawiło się to w mroku i każdorazowo uciekała od tego na tysiące znanych sposobów. Mijały lata – z jedną nogą w niekończącym się locie, drugą na ziemi, bez żadnego konkretnego planu.

Aneta Soja

Aneta Soja. Aktualnie bardziej wymyka się słowom, niż szuka w nich schronienia. Istota żyjąca jakby bardziej wewnątrz swego ciała. Rzeźbiarka, malarka projektów do-wolności-owych, fascynatka Feldenkraisa. Poetka, autorka amatorskiego tomiku „Ruchy spiralne światłocieniem naznaczone”. Terazjanka z zamiłowania i z łaski umysłu swego – stającego coraz posłuszniej dęba w milczeniu na dźwięk strumienia oddechu. Wielbicielka zdań długich i bystrych jak strumienie górskie, jednocześnie mocno osadzona w sobie czując na języku zawiłości ich podtekstualnych koryt i wirów. Tancerka mikrodrgnień. Jest jak okno otwarte na oścież, na przepływ życia. Jest szelestem rozwijanego papieru, błyskiem wstążki, blaskiem w oku dziecka. A gdy to pisała – znowu poczuła, jak bardzo kocha ubierać w słowa.

Tło zdjęcie utworzone przez lifeforstock – pl.freepik.com

zapiski osobiste

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *